Szukaj na tym blogu

piątek, 10 sierpnia 2012

Rewelacje na wakacje cz.II



Co jeszcze zabrałam ze sobą na urlop? Oczywiście ochronę całego mojego ciała przed słońcem. Tu padło na Lirene – balsam nawilżająco-odżywczy z SPF30. Balsam, jak balsam – przede wszystkim chronił skutecznie, wodoodporny, rozprowadzał się bez zarzutów, nie kleił, dość szybko się wchłaniał, jedyne czego mi zabrakło to tego specyficznego słonecznego zapachu kremu do opalania. Zapach był, bardzo delikatny, ale takiego zwykłego nawilżającego balsamu L  Cena około 13zł za 200ml. 





Miłym zaskoczeniem pod względem konsystencji okazała się emulsja mineralna z SPF50+. -Zapach w zaniku – z resztą zgodnie z założeniem producenta, wodoodporna formuła rozprowadzała się rewelacyjnie jak na kosmetyk z tak wysokim faktorem i nie zostawiała białego filmu na skórze. Cena  około 12zł za 100ml.






Muszę przyznać, że dzięki tym kosmetykom uniknęłam na tym wyjeżdzie poparzenia słońcem, ale na wszelki wypadek zabrałam ze sobą coś na „po opalaniu”. Coś co już raz mi pomogło, kiedy zachłystnęłam się pierwszymi promieniami słońcea jakiś czas przed urlopem. Pordażnioną słońcem skórę ukoiło mleczko z Lirene „ratunek po przedawkowaniu słońca”. 5% D-pantenolu i 1% alantoniny przyniosło ulgę zaczerwienionym plecom. Kosmetyk rozprowadza się równie łatwo jak poprzednie, równie znikomo pachnie, równie łatwo się rozprowadza i do tego cudownie koi. Cena około 10zł za 150ml. Chwilowo słońce nas nie rozpieszcza, ale lato jeszcze trwa. Udanych urlopów!


środa, 8 sierpnia 2012

Rewelacje na wakacje cz.I


Nazbierało mi się trochę kosmetyków, które grzecznie i cierpliwie czekają aż dostaną szansę zaspokojenia moich potrzeb. Tuż przed wyjazdem na urlop dałam nura do pudełka w którym mieszkają owe specyfiki, żeby znaleźć coś na wyjazd.

Słońce, morze, namioty- Chorwacja! :D Czego potrzeba mojej skórze na takie wakacje?  Zdecydowanie odpoczynku od makijażu; nawilżenia; ochrony przed podstępnym promieniowaniem i ewentualnie wyrównania kolorytu twarzy dla mojego lepszego samopoczucia, bo w końcu nie byłam na bezludnej wyspie! ;) Wszystko ma być łagodne, kojące, łatwe i szybkie do nałożenia, a wiec najlepiej zawarte w jednym opakowaniu. Tym bardziej, że miejsce w bagażu kosmetyki musiały ustąpić innym gadżetom, takim jak: maska do pływania, buty do wody, śpiwór, latarka i zupki chińskie. 


 Z pudełka wygrzebałam hypoalergiczny krem nawilżający do twarzy Sensigenic od Dr. Ireny Eris dla nadreaktywnej skóry wrażliwej. Krem do tego jest koloryzujący, odrobinę matujący i zawiera SPF20! Na moje potrzeby to całkiem ok! Jest lekki, subtelnie wyrównuje koloryt cery, ma przyjemny, delikatny zapach i poręczne opakowanie z pompką. Kremowa, wydajna konsystencja łatwo rozprowadza się na twarzy. Czego chcieć więcej?! Na urlop bez makijażu okazał się rewelacyjną alternatywą. Można by go porównać do kremów typu B.B. ale przyznam szczerze, że jedyny taki krem z jakim miałam do czynienia (Garnier’a) nie dorasta mu do pięt. Garnier świeci się, maże, pachnie zbyt intensywnie jak na mój gust, ...no nie pokochałam go! Do tego nie pamiętam jak wysoki ma filtr, bo wyrzuciłam papierowe pudełko a na tubce producent zaoszczędził mi tej informacji. 


 
 Cena Sensigenic… no dobra… nie jest niska około 70zł za 30ml, ale wygoda i jakość niestety zwykle kosztują. Termin przydatności po otwarciu 9 miesięcy. No i to opakowanie.. odrobina luksusu! 
:)

środa, 4 lipca 2012

dobre i polskie


Dziś pod lupę idzie hypoalergiczny krem wygładzający i redukujący cienie pod oczami -SENSIGENIC od Dr.Ireny Eris, który miałam przyjemność testować przez ostatnie 2 miesiące. Przeznaczony jest dla osób o skórze wrażliwej, nadreaktywnej.
Kremem co prawda bym go nie nazwała, bo jego konsystencja przypomina raczej bardzo lekki, "mokry" żel, ale produkt według mnie godny uwagi.
Najpierw może o tym, jakie właściwości miał królik doświadczalny, czyli ja:
Wiek... no dobra powiedzmy około 30, skóra skłonna do podrażnień,  worki pod oczami niewielkie, przebarwienia w tym samym obszarze niewielkie, zmarszczki na szczęście minimalne. Wydawać by się mogło, że to kiepskie warunki do testowania tego kremu, powinnam być opuchniętym i zasiniałym alergikiem (-tym ostatnim akurat jestem), ale jako że używam kremów pod oczy od kilku lat, (all about eyes od Clinique) nie wiem więc, czy taki stan - ogólnie dobry- nie jest konsekwencją stosowania tych specyfików.

Fakt pozostaje faktem, że przejście na ten krem krzywdy mi nie zrobiło. Mimo dość mokrej konsystencji produkt bardzo ładnie nawilża skórę, nie jest lepki i ładnie się wchłania, czy też wysycha po niedługim czasie. ...no może czasami trzeba mu trochę pomóc delikatnym wklepaniem w skórę. Po chwili nie ma problemu z aplikacją w tym samym miejscu podkładu, czy korektora, nic się nie wałkuje, nie maże, itd.

Według producenta zadaniem kremu jest redukcja sińców i worków pod oczami, krem ma łagodzić, nawilżać, reaktywować i wzmacniać funkcje ochronnej naszej skóry przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi. Przeznaczony jest do stosowania na dzień i na noc. Nie zawiera tradycyjnych filtrów przeciwsłonecznych, ale "fotoochronę zapewniają fotoliaza i endonukleaza" - cokolwiek to znaczy.. ;) Można go stosować bez względu na wiek.

Dobrym rozwiązaniem było umieszczenie kremu w opakowaniu z pompką, która dozuje ilość kosmetyku i zapewnia higienę, - żaden zaraz nie dostanie się do środka, aczkolwiek nie wiadomo ile kremu jeszcze zostało, bo opakowanie nie jest przezroczyste. Te z Was, które lubią mieć świadomość, że zużyły produkt do końca pewnie będą miały zagwozdkę, kiedy pompka nie będzie już dozować kremu. Czeka nas walka z opakowaniem, żeby sprawdzić ile jeszcze specyfiku zostało na ściankach plastikowej buteleczki. 



Cena niestety lokuje krem na wyższej półce, ogólne wrażenie też, miejmy nadzieję, że faktyczną wartością i jakością również się tam plasuje. 80pln za15ml to nie mało, ale mimo wszystko mniej niż niejeden zagraniczny specyfik pod oczy.

Moja ogólna ocena jest pozytywna, polecam! To też dobry pomysł na prezent - ładne opakowanie, znana, rodzima marka, jak dla mnie Dr. Irena Eris to taki Wedel wśród kosmetyków. ;)

piątek, 18 listopada 2011

oł mmmama!!!

I znowu The Body Shop! No ale co ja na to poradzę, jak mnie tak zaskakują i porywają swoimi cukiereczkami? Dziś się zachwycam nad żelem do mycia SPICED PUMPKIN. Dżizassss, jak on pachnie! Oczywiście rzecz dla amatorów zapachów kuchennego pochodzenia.

Trafiłam na niego dzięki mojej przyjaciółce, kiedy to po spędzonej u niej imprezowej nocy zapragnęłam się odświeżyć i wskakując do wanny usłyszałam zza drzwi "weź sobie spróbuj ten żel dyniowy Słonia" (Słoń to jej facet, który jak się okazało nie tylko w kuchni lubi się otaczać tego rodzaju zapachami). Rewelacja!! Kilka dni potem żel już był mój. Na szczęście można go nabyć w The Body Shopach na terenie Polski, kosztuje 19zł (za 250ml produktu).

Jak informuje opakowanie jest to pierwszy body shopowy produkt wykreowany przez klientkę - Sophie from California zainspirowała się zapachem ze swojego dzieciństwa, a dokładnie babcinym plackiem z dyni. -Właśnie sobie uświadomiłam, że nie wiem jak pachnie dynia... Moja babcia robiła całą masę pyszności, dyniowego placka akurat nie, więc moich wspomnień z dzieciństwa ten zapach nie generuje, ale jeśli tak pachnie dynia, to mogę mieć halloween przez cały rok. ;) A, i jeszcze jedna informacja z opakowania "special edition"- czy to oznacza, że limitowana?? O nie! Mam nadzieję, że ten punkt na stałe wpisze się w menu The Body Shop'u.

sobota, 30 lipca 2011

Czego Brock szuka za granicą?

Półki w naszych polskich sklepach kosmetycznych uginają się od produktów przeróżnych marek, -zarówno rodzimych, jak i tych z zagranicy, trzeba przyznać -jest w czym wybierać. Mnie jednak ciągle mało i na swoje nieszczęście ulegam zauroczeniu kosmetykami, do których dostęp w Polsce jest nieco utrudniony. Oczywiście, mamy XXI wiek i zakupy w necie nie są już niczym nadzwyczajnym, ja mimo wszystko pozostaję konserwatywnym klientem i wolę handel tradycyjny: widzę towar - podoba mi się - kupuję - i mam go JUŻ! :)

Zdarza mi się podróżować za granicę, a moim ulubionym zajęciem, kiedy już tam jestem jest eksploracja sklepów kosmetycznych w celu odnalezienia czegoś, czego u nas zazwyczaj brak a słyszałam, że dobre! ;) I tak na przykład będąc w Londynie nie mogłam sobie odmówić wejścia do słynnego Lush'a, odnalezienia kosmetyków z Burt's bees, czy Urban Decay.

Teraz jednak chciałabym Wam przedstawić dwa zestawy, dwie marki może trochę mniej znane, niż te wymienione powyżej, którymi moim subiektywnym zdaniem warto się zainteresować, kiedy już na nie traficie.

Pierwszy zestaw dostałam w prezencie (- nie wiem niestety ile kosztował) i jest to trio do pielęgnacji ciała Fenjal Vitality. Zestaw zawiera peeling, mydło pod prysznic i balsam (po 200ml), każdy z nich ponoć zawiera witaminy B5, E, C i olejek z pestek winogron.

Po kolei:
Duschpeeling - szczerze Wam powiem, nie jestem ekspertką w dziedzinie peelingów, nie mam dużego porównania, ale jak dla mnie na szybkie pobudzenie skóry ten produkt w zupełności wystarcza.



Cremedusche - cóż... myje! :) konsystencja lekko kremowa jak sama nazwa wskazuje, ale bardzo ładnie rozprowadza się po ciele.



Lift Body Lotion- o matkooo....cudowny! To jest dopiero pieszczota dla ciała! Nie wiem na czym polega jego sekret, czy na połączeniu tych wszyskich dobrodziejstw razem wziętych, czy na wyjątkowej formule, ale tak aksamitnego balsamu dawno nie miałam. Zabrzmi to jak z banalnej reklamy balsamu, ale na serio, czuję się po tym bardziej kobieco i subtelnie! :)



Ale najważniejsze! - to co właściwie najbardziej mnie urzekło we wszystkich tych trzech produktach, to przepiękny, świeży, choć dość intensywny zapach. I love it!!!

Kolejna moja miłość to szampon i odżywka z TRESemme z serii Naturals, których zadaniem jest wzmocnienie włosów poprzez odżywcze nawilżanie. I faktycznie, moje cienkie piórka wydają się nieco silniejsze, mają połysk, nie są obciążone i ładnie się rozczesują po myciu. Jak dla mnie bomba! Zwłaszcza, że jak głoszą opakowania szampon ma mniej siarczanów, a odżywka nie zawiera silikonów. Do tego są pozbawione barwników, a w ich skład wchodzą olej z avocado i co??? i mój ukochany aloes! ;)
Opakowania tych produktów to prawdziwe bomby (mniejszych niestety nie było) 900ml! Wystarczą na wieki, tym bardziej, że gęstawa konsystencja sprawia, że są dość wydajne! 

Promocyjna cena przeliczając na złotówki to około 30zł za jedno, wielkie opakowanie, -myślę, że warto.

niedziela, 24 lipca 2011

Nowa kolekcja błyszczyków z JOKO

Drodzy widzowie! Dzisiaj mam zaszczyt przedstawić Wam sześciu wspaniałych, czyli przedstawicieli najnowszej kolekcji JOKO Cosmetics - błyszczyki z serii Double Therapy. Dzięki uprzejmości firmy mam okazję przetestować całą kolekcję dlatego dzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami (a dociekliwych zapewniam - nie dostaję za to kasy! :) )

Co producent mówi o produkcie? :

"Składniki zawarte w Double Therapy sprawiają, że lip gloss ma kompleksowe działanie.
Specjalna postać kolagenu szybko wchłania się, długotrwale nawilża i likwiduje efekt
spierzchniętych ust. Dzięki temu usta są optycznie powiększone – bez ingerencji skalpela, czy
strzykawki. Masło aloesowe chroni skórę przed wysuszaniem, pomaga odżywiać głębokie
warstwy naskórka i regeneruje komórki. Dodatkowo formuła jest wzbogacona kompleksem
witamin E i F, które nawilżają skórę i działają przeciwrodnikowo."


Co ja Wam o nim powiem?:

Jak wiecie chociażby z mojego bloga aloes to jest to co tygryski lubią najbardziej, więc to duży plus jak dla mnie, że w JOKO'wych lip gloss'ach też się znalazł. O pielęgnacyjnym działaniu na tzw. dłuższa metę trudno mi cokolwiek powiedzieć, bo nie jestem permanentnym nosicielem błyszczyków generalnie, więc nawet za rok nie będę w stanie Wam powiedzieć czy działa, ale... Wrażenia na gorąco: tak! mrowienie na ustach jest! :) nie jakieś badzo mocne szczypanie, tak mniej wiecej jak po carmex'ie, tylko bez tego aptecznego posmaku - na szczęście. Usta faktycznie wydają się pełniejsze na co zapewne składa się kilka czynników: po pierwsze wilgotny połysk i delikatnie połyskujące, nienachalne drobinki w każdym z sześciu kolorów, co optycznie faktycznie je powiększa; po drugie owo mrowienie, chłodek, zapewne działa nie tylko fizycznie na usta delikatnie je podrażnając, ale pewnie też na  psychikę- mam wrażenie, że usta mi rosną od tego mrowienia! mmmm, sexy! :) Na szczęście nie utrzymuje się ono długo w przeciwieństwie do błyszczyka!
Co więcej? Nie kleją się, są dość lekkie, pachną delikatnie aloesem, nie smakują wcale, całkiem nieźle napigmentowane, zwłaszcza te ciemniejsze odcienie, a kolory? Zobaczcie same:

Numerki? Już podaję (od lewej) J86, J87, J88, J89, J90, J91

A tak wyglądają na skórze, w większym i mnieszym świetle.


Aplikator to około 1,5 centymetrowy welurowy, spłaszczony patyczek lekko zagięty co pewnie ułatwi wydobycie błyszczyka z opakownia, kiedy będzie go już w nim niewiele.


Sugerowana cena przez producenta to 17,90zł za 4,5ml produktu.

Udanych wyborów Kobitki! :)

Aha! JOKO jest już na facebooku, tam też znajdziecie więcej informacji o tych błyszczykach, link o tutaj!